4. Wróć!
"Są jak dwa wyklęte magnesy - muszą zostać przyciągnięte, odnalezione, połączone i unicestwione".
Biegła przez gęsty las. Pod bosymi stopami miała suche liście i połamane gałązki, które raz po raz pękały z trzaskiem. Nie miała pojęcia, dlaczego biegnie, ani dokąd. Wiedziała tylko, że nie może się zatrzymać. Było ciemno i cicho, na tyle cicho, że słyszała bicie swojego serca. Bała się. Jedynie między konarami drzew ukradkiem wpadał blask księżyca - jego pełnia. Dalej uciekała, ale przed kim?
Nagle coś za nią uskoczyło i choć bardzo chciała się obrócić, to strach nie pozwolił jej na to. Przyspieszyła. Niestety to było coraz bliżej, i bliżej, i bliżej... Nagle poczuła gorący oddech na ramieniu i dziwnie znajomy zapach. Upadła, kalecząc sobie dłonie i straciła przytomność na ułamek sekundy. Kiedy już oprzytomniała, zobaczyła je. Te oczy, dokładnie te same, co zawsze. Najwspanialsze, mogła w nich tonąć. Kiedy jednak zamrugała, była w swoim pokoju, wygrzebywała się z łóżka, cała spocona. Popatrzyła na swoje dłonie. Zakrwawione i obdarte. Ale jakim cudem?
Ubrała się najszybciej jak potrafiła i pobiegła do auta. Niedbała w tym momencie o nic. Czuła, że coś jest nie tak. Musiała go zobaczyć, mimo wszystko. Była już w drodze.
***
Położył go na stół i wyciągnął sygnet z krtani.
Patrząc na zwłoki Lukasa robiło mu się niedobrze. Jego błękitne oczy pociemniały. Zrobiły się szare i załzawione. Zaczęło się. Akurat teraz. Nie mógł im tego darować.
Był jego najlepszym przyjacielem. Kiedy został Alfą, Lukas nie zmienił swojego stosunku do niego. Dalej byli jak bracia. Nie zostawił go, nie zazdrościł. Wiedział, że tak musiało być. Wygrywa lepszy.
Znali się od łepka, jedna dzielnica, to samo przeznaczenie.
Pomści go. Dopadnie ich, jednego po drugim. Rozerwie na strzępy. Bez skrupułów.
Chwilę jeszcze patrzył na nieżyjącego kompana. Czas w tym momencie stanął w miejscu.
Do domu wbiegła Anne. Nie zauważył jej. Gapił się w trupa jak zaczarowany. Do jego uszów doszły jedynie dwa słowa, które wypowiedziała. Surowo, z powagą i strachem w głosie.
- Polowanie rozpoczęte.
Nagle zdrętwiał. To naprawdę Ona. Chciał rzucić jej się na szyję, wyściskać, wyżalić się. Tak bardzo było mu ciężko. Ale Ona nie może się dowiedzieć, że jest taki jak jego przyjaciel. Jeszcze nie teraz.
Rzucił jej piorunujące spojrzenie. Zamarła.
- Jaa... Wiem, że nie powinnam wchodzić bez pukania... Jerr, przykro mi. - po czym mimo wolnie przytuliła go. - Jaa wiem jak się czujesz... Wiedziałeś, że On... ?
- Tak. Dlatego go kochałem jak brata. Wiedziałem, że prędzej czy później go stracę. Jak wszystkich.
- Nie możesz tak mówić. Nie pozwalam Ci. Masz mnie. To znaczy... Możesz mi się wyżalić, pogadać ze mną, a nawet i pośmiać się ze mnie, jeżeli Ci ulży. - uśmiechnęła się takim uśmiechem, jakim żegnała najukochańszego chomika, który zdechł kiedy miała 12 lat.
- Dzięki, ale nie trzeba. Nie zrozumiesz.
- Sądzę, że to Ty nie zrozumiesz. Wiem o tym więcej niż Ci się wydaje.
- "Nie sądzę ślicznotko" - pomyślał w duchu z ulgą.
- No co się tak gapisz? Posprzątajmy go. Musimy go spalić. Jakieś ostatnie życzenia?
- Zaparz mi herbaty. Zaraz wrócę. Muszę się nim zaopiekować, tak jak On mną, kiedy straciłem wszystko.
- Będę w kuchni. Nie karz jej wystygnąć do końca, tak jak swoim uczuciom.
- Za dziesięć minut będę z powrotem. Nie słodź, jesteś wystarczająco słodka. - Po tych słowach zarzucił zwłoki przyjaciela i wyszedł z domu. Nie chciała wiedzieć dokąd zmierzał, ale wyjrzała przez okno. Szedł w stronę lasu, który znajdował się za jego domem. Mogła mu oszczędzić cierpienia. Wymazać wspomnienia, spalić go jednym zaklęciem. Ale dlaczego miała oszczędzać komuś bólu, skoro jej nikt go nie oszczędził?
Kiedy wrócił siedziała nad filiżanką i bacznie go obserwowała.
- Zrobiłeś co trzeba? Odchyliłeś kark w odwrotną stronę?
- Tak. Nawet opatrzyłem mu ranę, wziąłem apteczkę, bo nie mogłem patrzeć jak biedak się męczy.
- Poważnie? - zapytała z podziwem w oczach.
- Nie. Po co? Każdy z nas kiedyś umrze, prawda? Po prostu miał gorszy dzień. Powiedz mi, Anne, skąd tyle takiej paskudnej wiedzy w tak drobniutkiej główce?
- Jak Ci powiem, to mi nie uwierzysz. Wyśmiejesz mnie i odprawisz z kwitkiem.
- Nie śmiałbym. Opowiedz mi o swoim dziwnym fetyszu do wilkołaczych trupów.
- No to słuchaj uważnie i nie przerywaj.
***
Kiedy skończyła mówić nastała cisza. Cisza jak makiem zasiał.
Patrzył jej się głęboko w oczy. Chciał ją teraz pocałować i powiedzieć, że wie o tym jak cierpi, ale kiedy zrobiłby to, wszystko poszłoby się pieprzyć.
Musiał wytrzymać. Nagle ciszę przerwały jej słowa - leciutkie i ciepłe, przestraszone.
- Boisz się mnie? Ty mi nie wierzysz, prawda?
- Wierzę Ci. Mój najlepszy przyjaciel był wilkiem. Dlaczego miałbym Ci nie uwierzyć?
- Czyli boisz się mnie? - zapytała łamiącym się głosem.
- Nie boję się Ciebie, maleńka. Nie mógłbym bać się tak niewinnej, uroczej i pokrzywdzonej przez los dziewczynki. Bardzo, ale to bardzo mi przykro, Anne. Moją historię znasz. ja również nie miałem w życiu lekko, ale ja nie jestem nieśmiertelnym czarownikiem. Zapomniałem dodać 'przeklętym'.
- Teraz będziesz na mnie inaczej patrzył, prawda? Jak na jakąś upośledzoną, ograniczoną, stukniętą dziewuchę...
- Ty głuptasie! Nigdy w życiu. Będę na Ciebie patrzył tak, jak do tej pory, a Ciebie dalej będzie to tak bardzo denerwować jak dotychczas.
- Dziękuję Jerr. Mam jeszcze jedno pytanie.
- Słucham Cię. Dziś już nic mnie nie zdziwi.
- Dlaczego Lukas miał poszarpaną krtań? To nie były kły innego wilka, ani też broń. To było wyszarpane, Jerr. Możesz mi powiedzieć co wyżłobiło tam taką dziurę i przebiło aortę?
- To. - podał jej sygnet i zamilkł. Wiedział, co dla niej symbolizował i jak bardzo przesadził.
Anne kiedy go ujrzała zdrętwiała. To niemożliwe. Zaczęło się. Dlaczego teraz? Dlaczego wtedy, kiedy jej życie w końcu zaczyna się układać?
- Coś się stało? Znasz ten znak? - przerwał jej dumanie i zapytał. Widział w jej oczach łzy i wiedział o co chodziło. Wiedział też, że Ona nie jest niczemu winna.
- Jerr... Spójrz... - chwyciła jego rękę i zsunęłam ją między piersiami w dół, pod koszulką. Chwyciła łańcuszek i zdarła. Trzymał go w dłoni i zaczął go parzyć. Udał, że nic nie czuje, bo to byłoby jedno znaczne z tym, że jest wilkiem. Szybko odłożył go na stół.
- Ale... jak? Dlaczego Ty? Dlaczego teraz? - grał na zwłokę. Wiedział o niej wszystko, a nawet więcej.
- Przepraszam za to, co się stało, ale nie mam na to wpływu. To się zaczęło.
- Ale co się zaczęło? - zapytał zaskoczony. O tym nie wiedział.
- Polowanie na wyklętych. Ostatni, nieśmiertelny wyklęty, który według legendy połączy się z ostatnią nieśmiertelną czarownicą, musi zostać zgładzony. Szukają go. Nie mogą dopuścić do przełamania klątwy, bo nastąpi chaos między podziemiem i światem ludzi. Jerr, musisz mnie chronić.
- Nic Ci przy mnie nie grozi. Ale dlaczego?
- Jestem ostatnią wyklętą, ostatnim składnikiem tego zaklęcia. Idą po mnie.