wtorek, 23 września 2014

ROZDZIAŁ VII

 

7. Las

 

Dlaczego najczęściej ranią nas Ci, na których najbardziej nam zależy?

Dlaczego słowa bolą bardziej od ciosów? Dlaczego nie umiemy cieszyć się z życia i żyć jego pełnią?

 

***

Słychać było tylko szmer łamiących się gałęzi, wiatr, który nie pozwalał na dalsze ruchy, szybki, zmęczony oddech i dudnienie serca. Mimo to dalej biegła. Bała się zatrzymać. Wiedziała, że nie może. Nagle potknęła się o konar drzewa i upadła. Zaczęła płakać, bo dlaczego Ona? Dlaczego teraz? Nienawidziła siebie samej. Nie cierpiała tego, czym jest. Już wiedziała, dlaczego jej matka uciekła do innego wymiaru. Tylko tu, w świecie ludzi, mogła być bezpieczna, ale czy na tyle, by móc przetrwać?

***

Las był schronieniem dla wszystkich wyklętych. Był jedynym miejscem, w którym biała magia mogła spokojnie odpocząć przed morderczą gonitwą. Szklista bariera, która otaczała to miejsce, nie przepuszczała żadnych istot cienia. Mogłaby tu zostać, ale wiedziała, że nie na długo. To właśnie w tym lesie dokonywały się największe katastrofy Podziemia. Skoro bariera już raz została przełamana, dlaczego nie mogłaby upaść jeszcze raz?
Wyjęła z kieszeni swój naszyjnik. Dopiero teraz, gdy go założyła, widziała to miejsce tak, jak widzieć powinna. Złote iskry leniwie sypały się z drzew, obumierały w locie i wracały do swojej pierwotnej formy. Z pni wyleciały do niej ptaki - cudowne, srebrne i wielkie. Tafla jeziora, które otaczało zagajnik, nagle uspokoiła się. Teraz stało się ona jednym wielkim lustrem, która odbijała zaćmienie księżyca. Nie potrafiła określić swoich uczuć. To tak, jakby przeszła przez wszystkie stany emocjonalne na raz. Była ponad nimi, gdzieś wysoko i daleko odbiegała myślami od rzeczywistości, która czekała na nią po drugiej stronie. Niespodziewanie spod jej nóg zaczęły wychodzić pnącza, ale nie oplatały jej. Kierowały się w kierunku starego, ogromnego pnia. Układały się równolegle do jego szerokości tak długo, aż drzewo odrodziło się w potężny, Biały Dąb. Teraz już wszystko zrozumiała - tylko Biała Czarownica z Talizmanem może obudzić do życie tą roślinę. Ale moment... Już gdzieś je widziała. To to same drzewo, które figurowało w jej wczorajszej wizji. Przeszły ją ciarki.
Nagle podleciał do niej ogromny, jakby odlany ze złota, ptak i usiadł przez nią. Zdumiona patrzyła na niego z podziwem. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Czy umarła? Czy to raj? Nagle ten wyrwał ją z myślenia : 
- Moja maleńka, moja kochana... - zamarła. Nie mogła wydusi z siebie ani słowa. Patrzyła mu głęboko w oczy, które zaszły łzami.
- Mama...
- Tak kochanie, to ja. W końcu tu dotarłaś. Dzielna dziewczynka. - Ptak zaczął się do niej łasić jak kot. - Czekałam na Ciebie od półksiężyca. Posłuchaj mnie uważnie, bo nie mam dużo czasu, ten wymiar mnie pochłania. Nie możesz tu zostać. Nawet w tym miejscu nie jesteś całkiem bezpieczna. Na skraju tego lasu jest pałac. Teraz go nie widzisz, ale gdy "otworzą się bramy drogi do śmierci, ujrzysz kres".
- Bramy drogi do śmierci? Mamo, czy ja umieram? Nic z tego nie rozumiem...
- To Twoje najpiękniejsze wspomnienie. Najskrytsze pragnienie, najcudowniejszy moment wyrwany z życia... On jest kluczem, Anne. 
- On? Jak to? Błagam, mamo...
- Na mnie już czas, nie jestem tu mile widziana. Portal mnie wyżera. Popełniłam wiele błędów, kiedy byłam jeszcze młoda. Pamiętaj, że cokolwiek zrobiłam, to wszystko było po to, by Cię chronić. Nie oceniaj mnie zbyt pochopnie. Nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo to dar, a nie przekleństwo. Ty musisz żyć! Bez Ciebie świat nie może istnieć. Jesteś równowagą między Przyziemiem i Podziemiem - dobrem i złem. - Anne chciała ją wypytać o wszystko, ale w tym momencie ptak spłonął, a Ona nie zdążyła otworzyć ust. Pozostał po nim tylko srebrny popiół. 
- "Bramy drogi"... Nic nie rozumiem... "On jest kluczem?" Szlak... Zaraz, zaraz... "On jest kluczem". O niee... Jerremy.

***

Gdy tylko wstał, zaczął biec przez las, ale ten go nie chciał. Wypychał go na wszelkie możliwe sposoby. Musiał się wrócić i zmienić kierunek drogi. Wejść w głąb od południowej strony świata - do Zakazanego Lasu. Był z Podziemia, nie mógł przedrzeć się przez barierę. Biegł przez wydeptaną ścieżkę tak długo, aż poczuł jej zapach. Raptownie przystał. Wciągnął ostre powietrze nosem i ruszył w pogoń. Po krótkiej chwili gonitwy, woń zaczęła się nasilać. Przyspieszył na tyle, jak tylko mógł. W pewnym momencie zgubił trop. To jak polowanie na zwierzynę. Wtem usłyszał kroki. Ruszył powoli, by sprawdzić, co to jest. Podążał z dystansem i uwagą. Obrócił się dalej idąc. Nagle usłyszał krzyk. Szybko zawrócił i zobaczył przerażoną dziewczynkę. Miały duże oczy. Ich barwa była nadzwyczajna - to coś na wzór świeżej krwi. Źrenice były puste, a obwódka tęczówek - żółta i cienka. Nie to go zaniepokoiło... Miała zaszyte usta. Jej ślepia pulsowały na tyle mocno, że odbijały światło księżyca. Nie rozchylając warg, powiedziała do niego coś, co go zaskoczyło.
- Nie jesteś tu mile widziany, Alfo. Wiedźmy z Zakazanego Lasu Cię tu nie chcą. Jesteś bardziej dobry, niż zły. Odejdź stąd!
Wpadł jakby w trans. Nie wiedział dlaczego, ani jakim cudem, ale odwrócił się na pięcie i zmierzał w stronę szklistej bariery. Bez protestów, jakby miał zakneblowane usta. To do niego niepodobne...

***

Kiedy tylko zdała sobie sprawę z tego, co usłyszała od swojej matki, ani chwili się nie zastanawiała - poszła go szukać. Las ustępował jej kroków., robił miejsce pod bosymi i pokaleczonymi stopami. Liście wirowały przed nią w powietrzu, układając się w ścieżkę, by nie poraniła ich jeszcze bardziej. Zastanawiała się, jak to teraz będzie wyglądało. Czy już zawsze będzie musiała uciekać? A może przejdzie do innego wymiaru jak jej matka? Nie. Stanie w walce o swoje życie. Zdusi zło w zarodku. Przecież jest Białą, dobrą i czystą magią. To dzięki jej istnieniu świata nie ogarnął mrok i spustoszenie. Jednak wiedziała też, że jest z tym wszystkim sama. Kompletnie SAMA...

:)

:)
pajlinkaa