sobota, 16 września 2017

ROZDZIAŁ VIII

 

 8. Upadek


***

Naucz się odpuszczać. Jeżeli nie możesz czegoś zatrzymać, to puść to wolno. Przyzwyczajenie to najgroźniejsza choroba naszej dekady. Żyj w zgodzie z samą sobą, reszta i tak Cię nie docenia.


***

Światło. Skąd się tu wzięło? Powoli otwierała oczy, nie wierząc w to, co ukazywał zamazany obraz.
Leżała w swoim łóżku, na swojej pościeli, przy lśniącym lustrze, w czterech miodowych ścianach. Raptownie poderwała się i usiadła, zaczęła nerwowo rozglądać się dookoła. W powietrzu unosił się drażliwy zapach lawendowego kadzidła. Rozpoznała go od razu - cała siedziba Rady była nim przesiąknięta. Tak samo jak jej babcia. 
Drzwi od sypialni lekko się odchylały, odsłaniając zgarbioną sylwetkę. Stała w nich starsza, siwa kobieta z włosami upiętymi w koka. Była piękna, a jej twarz bardzo zmęczona. Z jej oczu można było wyczytać strach. Bała się. Dobrze wiedziała co zaczęło zakorzeniać się w głowie Anne.
- Tyle razy mówiłam Ci, że nie możesz szwędać się sama po nocach. Gdyby nie Twoje przypadkowe uaktywnienie rubinu, wątpię, że mogłabym Cię znaleźć. 
Ale Anne nawet nie drgnęła. Złość, która ją chłonęła była ogromna. Ból, żal i smutek potęgowały się w niej na zmianę. Staruszka widząc to zaczęła powoli kroczyć w jej kierunku. Dziewczyna kurczowo trzymała się kołdry, którą ściskała coraz mocniej. 
- Kochanie, co się dzieje? - Łagodny ton jej głosu rozbrzmiewał w uszach Anne.
- Nie zbliżaj się do mnie. Ani kroku dalej.
- Spokojnie, jesteś już w domu, tu nic Ci nie grozi, zrobię wszystko...
- To Ty jesteś zagrożeniem! Nie zbliżaj się, słyszałaś?! - Do oczu napływały jej łzy. Była tak rozbita, że nie mogła nawet przypomnieć sobie żadnej dobrej chwili, którą przeżyła z tą kobietą. Osoba, która pojawiała się w obrazach z dzieciństwa była inna. Jak mogła kołysać ją w hamaku i karmić malinami, jak gdyby nic się nigdy nie stało? Tulić do snu, a rano robić grzanki? Dlaczego całe życie ją oszukiwała? Nastała cisza, tak jakby wszystko co piękne umarło.
- Dlaczego mi to zrobiłaś? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Ona żyje. Rozmawiała ze mną...
- O kim mówisz, Anne? - Jej twarz skamieniała.
- O Mamie. - Znów zapadła cisza, a świat jakby stanął w miejscu. Światła raptownie zgasły, ściany zbladły, a lawendowy zapach zamienił się w straszny odór. 
Kiedy stary wampir zmienia nagle nastrój, jego Moc zmienia się wraz z narastającymi emocjami. Delikatna i subtelna Megan zaczęła bić bordowych światłem - łuną krwi. Lęk. Przerażający strach.
- To niemożliwe, nie mogła wrócić. 
- Niemożliwe jest to, jak bardzo można ufać osobie, która utkała Twoje życie z nici pełnej kłamstw. Wynoś się, nie chcę Cię widzieć.
- Anne, posłuchaj uważnie. Jeżeli to, co mówisz jest prawdą, to musisz uciekać. Nie możesz tu zostać, to już się zaczęło...
- Uciekać? Przed kobietą, która dała mi życie? Której zawdzięczam wszystko?
- Kobieta, która nadała Ci istnienie, musi je odebrać. Pakuj się Anne, nie mamy dużo czasu!
- Jesteś zazdrosna, tak? Znowu kłamiesz, bo dalej chcesz bym uważała Cię za wzór? Wiesz co? Jesteś żałosna i zostaniesz sama na całą wieczność. Nienawidzę Cię, odejdź.
- Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć, a nie wiesz. To stara przepowiednia, która nie miała początku od miliona lat. Chyba czas, byś ją poznała...
- Znowu bajki. Nie pogrążaj się, już niczego nie zmienisz.

***

Megan raptownie złapała rękę dziewczyny i ukąsiła w nadgarstek. Ta pisnęła i zamknęła oczy w tym samym momencie. Obrazy przesuwały się bardzo szybko, było ich mnóstwo. Fragmenty przeszłości wampirzycy. Nagle jej oczom ukazała się para ludzi. Siedzieli nad rzeką, zapatrzeni w siebie. Tak bardzo szczęśliwi. Ona była czarownicą, a On wampirem. Wypowiedziała po cichu coś pod nosem, po czym wyciągnęła dłoń przed siebie. W jej ręce spoczął piękny kielich pełny krwi. Podała go swojemu ukochanemu, a On wypił jego zawartość. Po wszystkim zatopili się w miłosnym objęciu, mówiąc sobie jak bardzo się kochają. Obraz nieoczekiwanie zaczął biec do przodu. Znowu widziała tych samych ludzi - mężczyzna głaskał kobietę po brzuchu. Widać było, że bardzo cieszy się, że ich grono się powiększy.Jego uśmiech był pełen miłości. Potem obrazy pędziły jak szalone, nawet nie mogła określić co przedstawiają. I stanęły. Dostrzegła małe dziecko o bursztynowych oczach i ognistych włosach. Bawiło się żwawo w łóżeczku, nie martwiąc się niczym. Za nim pojawiła się kobieta, miała dłonie umoczone we krwi, oczy przepełnione obłędem. Unosiła nad sobą dziewczynkę jak maleńką zabawkę. W porę wszedł jej mąż, który wyrwał ją z transu. Ale Ona nie miała zamiaru przestać, miotała dzieckiem po kołysce. Po dłuższej chwili szarpaniny ustąpiła walki. Zaczęła płakać łzami tak rzewnymi, że Anne nigdy nie widziała takiego bólu. Dziewczynka natomiast uśmiechała się jak nigdy dotąd. 

***

Kolejne wspomnienie ukazywało młodą kobietę klęczącą nad kałużą krwi. Łkała cicho, majacząc coś o utraconym szczęściu. Obraz przesuwał się w zwolnionym tempie. Kiedy obrócił się przodem, Anne dostrzegła, że trzyma Ona na rękach nieruszającą się dziewczynkę. Wyglądała tak, jakby właśnie zasnęła. Dziecko było nadzwyczajne - od momentu poczęcia wiedziało, że umrze. Nie miało żalu, znało swoje przeznaczenie. 
W tym momencie projekcja się zakończyła, a film się urwał. Babcia oderwała się od dziewczyny, a ta zamarła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć. Nic nie przeszłoby przez jej gardło.
- Teraz już wiesz, że muszę Cię chronić? - Przerwała jej milczenie. - Muszę i chcę Ci pomóc, Skarbie. Jesteś dla mnie tym, co trzyma mnie w rydzach codzienności. Nie mam innych marzeń. Uciekaj, Anne, błagam... - Mówiąc to rozpłakała się. Jej aura zmieniła się - wszystko wróciło do normy, a w pokoju pachniało lawendą. 
Dziewczyna nie czekając na dalszy przebieg zdarzeń, złapała za telefon. Jerr. Tylko z nim może zerwać klątwę, która ją otacza. Nie chodziło tu o nieśmiertelność, czy o to, że chciała mieć normalną babcię dziergającą na drutach. Pragnęła żyć - choćby tak jak dotąd.

wtorek, 23 września 2014

ROZDZIAŁ VII

 

7. Las

 

Dlaczego najczęściej ranią nas Ci, na których najbardziej nam zależy?

Dlaczego słowa bolą bardziej od ciosów? Dlaczego nie umiemy cieszyć się z życia i żyć jego pełnią?

 

***

Słychać było tylko szmer łamiących się gałęzi, wiatr, który nie pozwalał na dalsze ruchy, szybki, zmęczony oddech i dudnienie serca. Mimo to dalej biegła. Bała się zatrzymać. Wiedziała, że nie może. Nagle potknęła się o konar drzewa i upadła. Zaczęła płakać, bo dlaczego Ona? Dlaczego teraz? Nienawidziła siebie samej. Nie cierpiała tego, czym jest. Już wiedziała, dlaczego jej matka uciekła do innego wymiaru. Tylko tu, w świecie ludzi, mogła być bezpieczna, ale czy na tyle, by móc przetrwać?

***

Las był schronieniem dla wszystkich wyklętych. Był jedynym miejscem, w którym biała magia mogła spokojnie odpocząć przed morderczą gonitwą. Szklista bariera, która otaczała to miejsce, nie przepuszczała żadnych istot cienia. Mogłaby tu zostać, ale wiedziała, że nie na długo. To właśnie w tym lesie dokonywały się największe katastrofy Podziemia. Skoro bariera już raz została przełamana, dlaczego nie mogłaby upaść jeszcze raz?
Wyjęła z kieszeni swój naszyjnik. Dopiero teraz, gdy go założyła, widziała to miejsce tak, jak widzieć powinna. Złote iskry leniwie sypały się z drzew, obumierały w locie i wracały do swojej pierwotnej formy. Z pni wyleciały do niej ptaki - cudowne, srebrne i wielkie. Tafla jeziora, które otaczało zagajnik, nagle uspokoiła się. Teraz stało się ona jednym wielkim lustrem, która odbijała zaćmienie księżyca. Nie potrafiła określić swoich uczuć. To tak, jakby przeszła przez wszystkie stany emocjonalne na raz. Była ponad nimi, gdzieś wysoko i daleko odbiegała myślami od rzeczywistości, która czekała na nią po drugiej stronie. Niespodziewanie spod jej nóg zaczęły wychodzić pnącza, ale nie oplatały jej. Kierowały się w kierunku starego, ogromnego pnia. Układały się równolegle do jego szerokości tak długo, aż drzewo odrodziło się w potężny, Biały Dąb. Teraz już wszystko zrozumiała - tylko Biała Czarownica z Talizmanem może obudzić do życie tą roślinę. Ale moment... Już gdzieś je widziała. To to same drzewo, które figurowało w jej wczorajszej wizji. Przeszły ją ciarki.
Nagle podleciał do niej ogromny, jakby odlany ze złota, ptak i usiadł przez nią. Zdumiona patrzyła na niego z podziwem. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Czy umarła? Czy to raj? Nagle ten wyrwał ją z myślenia : 
- Moja maleńka, moja kochana... - zamarła. Nie mogła wydusi z siebie ani słowa. Patrzyła mu głęboko w oczy, które zaszły łzami.
- Mama...
- Tak kochanie, to ja. W końcu tu dotarłaś. Dzielna dziewczynka. - Ptak zaczął się do niej łasić jak kot. - Czekałam na Ciebie od półksiężyca. Posłuchaj mnie uważnie, bo nie mam dużo czasu, ten wymiar mnie pochłania. Nie możesz tu zostać. Nawet w tym miejscu nie jesteś całkiem bezpieczna. Na skraju tego lasu jest pałac. Teraz go nie widzisz, ale gdy "otworzą się bramy drogi do śmierci, ujrzysz kres".
- Bramy drogi do śmierci? Mamo, czy ja umieram? Nic z tego nie rozumiem...
- To Twoje najpiękniejsze wspomnienie. Najskrytsze pragnienie, najcudowniejszy moment wyrwany z życia... On jest kluczem, Anne. 
- On? Jak to? Błagam, mamo...
- Na mnie już czas, nie jestem tu mile widziana. Portal mnie wyżera. Popełniłam wiele błędów, kiedy byłam jeszcze młoda. Pamiętaj, że cokolwiek zrobiłam, to wszystko było po to, by Cię chronić. Nie oceniaj mnie zbyt pochopnie. Nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo to dar, a nie przekleństwo. Ty musisz żyć! Bez Ciebie świat nie może istnieć. Jesteś równowagą między Przyziemiem i Podziemiem - dobrem i złem. - Anne chciała ją wypytać o wszystko, ale w tym momencie ptak spłonął, a Ona nie zdążyła otworzyć ust. Pozostał po nim tylko srebrny popiół. 
- "Bramy drogi"... Nic nie rozumiem... "On jest kluczem?" Szlak... Zaraz, zaraz... "On jest kluczem". O niee... Jerremy.

***

Gdy tylko wstał, zaczął biec przez las, ale ten go nie chciał. Wypychał go na wszelkie możliwe sposoby. Musiał się wrócić i zmienić kierunek drogi. Wejść w głąb od południowej strony świata - do Zakazanego Lasu. Był z Podziemia, nie mógł przedrzeć się przez barierę. Biegł przez wydeptaną ścieżkę tak długo, aż poczuł jej zapach. Raptownie przystał. Wciągnął ostre powietrze nosem i ruszył w pogoń. Po krótkiej chwili gonitwy, woń zaczęła się nasilać. Przyspieszył na tyle, jak tylko mógł. W pewnym momencie zgubił trop. To jak polowanie na zwierzynę. Wtem usłyszał kroki. Ruszył powoli, by sprawdzić, co to jest. Podążał z dystansem i uwagą. Obrócił się dalej idąc. Nagle usłyszał krzyk. Szybko zawrócił i zobaczył przerażoną dziewczynkę. Miały duże oczy. Ich barwa była nadzwyczajna - to coś na wzór świeżej krwi. Źrenice były puste, a obwódka tęczówek - żółta i cienka. Nie to go zaniepokoiło... Miała zaszyte usta. Jej ślepia pulsowały na tyle mocno, że odbijały światło księżyca. Nie rozchylając warg, powiedziała do niego coś, co go zaskoczyło.
- Nie jesteś tu mile widziany, Alfo. Wiedźmy z Zakazanego Lasu Cię tu nie chcą. Jesteś bardziej dobry, niż zły. Odejdź stąd!
Wpadł jakby w trans. Nie wiedział dlaczego, ani jakim cudem, ale odwrócił się na pięcie i zmierzał w stronę szklistej bariery. Bez protestów, jakby miał zakneblowane usta. To do niego niepodobne...

***

Kiedy tylko zdała sobie sprawę z tego, co usłyszała od swojej matki, ani chwili się nie zastanawiała - poszła go szukać. Las ustępował jej kroków., robił miejsce pod bosymi i pokaleczonymi stopami. Liście wirowały przed nią w powietrzu, układając się w ścieżkę, by nie poraniła ich jeszcze bardziej. Zastanawiała się, jak to teraz będzie wyglądało. Czy już zawsze będzie musiała uciekać? A może przejdzie do innego wymiaru jak jej matka? Nie. Stanie w walce o swoje życie. Zdusi zło w zarodku. Przecież jest Białą, dobrą i czystą magią. To dzięki jej istnieniu świata nie ogarnął mrok i spustoszenie. Jednak wiedziała też, że jest z tym wszystkim sama. Kompletnie SAMA...

piątek, 20 czerwca 2014

ROZDZIAŁ V

5. Przepowiednia

Dokąd jeszcze mam uciec, aby przeżyć?



Było zimno. Wiał chłodny wiatr, a temperatura spadała do zera. Dziwne, bo był to październik. Anne obudziła się zmarznięta i skostniała pod drzewem. To nie było jakieś tam drzewo - to tu najstarsze czarownice co pół pełnię krwawego księżyca rozszarpywały serce spadającej, młodej, zagubionej gwiazdy, by mogły być piękne i młode. Ona nie musiała - ciążyła nad nią przerażająca klątwa. Nigdy się nie zestarzeje, a co gorsze - nie umrze. 
Spod jej stóp wypływały stróżki bordowej, ściętej krwi. Były cieniutkie i płynęło szybko. Układały się w jakiś dziwny kształt. Choć wciąż miała zamknięte oczy, to wiedziała już w jaki. 

***

- Anne! Anne! Spokojnie, już dobrze, to tylko zły sen. Heeej, spójrz na mnie. Jestem tu. - mówił do niej spokojnym, łamiącym się głosem. W głębi serca wiedział, że cholernie się o nią boi. Był przerażony. Przytulał ją mocno, tak jakby miała mu zaraz uciec, wymknąć się z rąk, ulecieć jak piasek przez palce.
Była strasznie przestraszona, blada i spocona. Wierzgała nerwowo nogami tak, że aż koc, którym była przykryta, runął na ziemię. 
- Jezu, Jerr! Widziałam je! 
- Ale co widziałaś? - zapytał zaskoczony, a jednocześnie zmartwiony odpowiedzią, którą miał zaraz usłyszeć.
- Miałam wizję... To drzewo... To tam mnie zabiorą... Tak bardzo się boję... - po jej chłodnych policzkach spływały łzy. W pewnym momencie wyczuła zapach krwi. Zerknęła na swoje nogi i wrzasnęła :
- Szlaak! Co z moimi stopami?! Czemu ja krwawię?! - krzyczała łkając.
- Spokojnie Ann, wszystko Ci wytłumaczę... - zaczęła się szarpać, kopać go i gryźć, ale On nie chciał jej puścić. Urwała mu w połowie zdania.
- Coś Ty mi zrobił?! Nie dotykaj mnie! 
- Nic Ci nie zrobiłem, idiotko! Masz wizje na jawie. Oni chcą Cię wykończyć, bo gdy już będziesz słaba... Znajdą Cię... A potem... - urwał. Nic nie mogło przejść mu przez gardło.
- Przepraszam... Jerr... Jaaa... Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć... Mój świat... Wywrócił się do góry nogami... 
- Ulecz się. I to już. - Po dłuższej chwili ciszy zapytała go :
- Jak? - Patrzyła na niego jak na wariata, który właśnie dostał przepustkę i pierwszy raz od roku ujrzał słońce. Wybuchła śmiechem. - Różdżka została w drugiej torebce.
- Nie udawaj. Przecież potrafisz. Każda wiedźma potrafi. Skup się, ślicznotko.
- Jak już to czarownica, mięśniaku. A ja nie mam bladego pojęcia jak mam się zszyć bez nitki. Eeee... Tak na marginesie, to dlaczego jesteśmy w Twojej sypialni?
- Wypiłaś pyszną herbatkę, którą sama sobie zrobiłaś i momentalnie uderzyłaś głową w stół. Zasnęłaś na miejscu. Dziwne, no nie?
- To była Twoja herbatka.... - zaczęła się śmiać tak strasznie, że aż się zapowietrzyła.
 - O niee, Ty jędzo! Ja Ci pokażę! - krzyknął i rzucił się na nią z poduszką. Podrzucił nią w górę, a gdy opadała klasnął między nią i rozsypała się na kawałeczki. W całym pokoju było pełno pierza. Chwile potem nastąpiło coś niesamowitego i niepojętego. Anne złapała go za koszulkę, przyciągnęła do siebie i pocałowała. Czuła jak się rozpływa w jego ramionach.
Wierzcie mi albo nie, ale ten niewinny pocałunek zmienił całkowicie przebieg zdarzeń i ich życiowy plan na najbliższą... wieczność.

***

Jerr powoli osuwął się na nią gładząc jej rude, pokręcone włosy. W tym momencie nic się nie liczyło. Czas stanął w miejscy. Tak nie czuł się nigdy. Tak jakby ziemia przestała się obracać wokół swojej osi. To coś na wzór 'Pięknej i Bestii' Kaliego. Nie chciał jej puścić. Nie mógł przestać ją dotykać. Patrzył na nią tak, jak matka patrzy na swoje dziecko tuż po porodzie, kiedy pierwszy raz dostaje je na ręce. Wiedział, że nie pozwoli jej odejść.
Nagle niespodziewanie dobiegł ich straszny ryk z salonu. Obydwoje oderwali się od siebie i usiedli przerażeni. Zapadła absolutna cisza. Ich serca biły równo - szybko i mocno. Krew była pompowana chyba z prędkością światła, bo słychać było nieustający stukot.
Usłyszeli cichuteńkie nucenie:

"Calisso, Calisso, nadszedł już czas, poznałaś miłość swą
Calisso, Calisso, już czuję woń Twą,
Czas byś oddała co nasze Nam,
Calisso, Calisso, oddaj serce z Białych Dam".

Jerr nachylił się nad drżącą dziewczyną i szepnął jej powoli i wyraźnie :
-  Wiejemy ślicznotko, albo wypreperują Ci serce żywcem. Co wybierasz?
- A jak myślisz? W nogi!
Otworzyli drzwi, ale nie było przez nie wyjścia. Jakby spod ziemi wyrósł dziwny stwór. Przed nimi stał mężczyzna z twarzą w runach z całego Podziemia, ubrany w czarny habit. Ocierał o siebie dwa długie, cienkie sztylety, jakby je ostrzył. Był dobrze zbudowany i miał dziwnie szarmancki uśmiech. Jego wytatuowane ciało zgięło się w pół w bardzo dystyngowanym ukłonie.
- Witaj Calisso, przyszedłem po serce najczystszej Białej Damy ludzkiej ery, ale tą historię już pewnie znasz. TU wszystko się zaczęło i TU wszystko się skończy.
- TU? Jak to TU? Białej Damy? Nic nie rozumiem...
- Nie znasz historii swojego życia? To w tym domu narodziła się najpotężniejsza Biała Magia. Nie zastanawiałaś się nad tym, gdzie jest Twój akt urodzenia? Wszystkie dzieci nosiły go do szkoły, a Ty nie, prawda? Bo widzisz, moja Pani, urodziłaś się TU. W tym domu. I tu zginiesz. To takie piękne...
Najpotężniejsza z najpotężniejszych, najmłodsza z nich, a serca czyste jak łza. Muchy nigdy nie skrzywdziła. Spokojne jak tafla lodu po wielkiej burzy. To już koniec, odpręż się, a obiecuję Ci szybką i bezbolesną śmierć.
- Po moim trupie! - krzyknął Jerr, po czym przybrał postać wilka i rzucił się na zabójcę. Ogromny, czarny wilk - potężne, rosłe ramiona, silnie umięśnione plecy i te oczy - błękitne jak niebo.
Anne stała bez ruchu. Przecież i tak zginie. Mówił, że stąd nie ma ucieczki. Nagle usłyszała ryk, ale jakby ze studni. Była oszołomiona, ale szybko się ocknęła. 
- No uciekaj do cholery! Znajdę Cię!
Rzuciła się z stronę okna i biegła co sił w nogach do lasu.

***

Wbił swoje potężne kły w gardło wroga i rozszarpał je, ale ten zaczął się śmiać.
- Kolnie, mnie nie da się zabić. Ja już nie żyję. Stąd nie ma ucieczki. Nie możecie być szczęśliwi, tu nie ma happy endu jak w baśniach Andersena. Musicie umrzeć, to jest Wam pisane w przepowiedni. Pozdrowię od Ciebie Lukasa. Już zaprzężony do mojego orszaku goni piekielne psy. - wybuchnął śmiechem. Jerr zamachnął się i uderzył w niego pazurami z całej siły, ale ten rozpłynął się w powietrzy jak papierosowy dym. Opadł na ziemię i rozpłakał się. Tak bardzo chciał ją od tego uchronić...

piątek, 6 grudnia 2013

RODZIAŁ IV

4. Wróć! 

"Są jak dwa wyklęte magnesy - muszą zostać przyciągnięte, odnalezione, połączone i unicestwione".


Biegła przez gęsty las. Pod bosymi stopami miała suche liście i połamane gałązki, które raz po raz pękały z trzaskiem. Nie miała pojęcia, dlaczego biegnie, ani dokąd. Wiedziała tylko, że nie może się zatrzymać. Było ciemno i cicho, na tyle cicho, że słyszała bicie swojego serca. Bała się. Jedynie między konarami drzew ukradkiem wpadał blask księżyca - jego pełnia. Dalej uciekała, ale przed kim? 
Nagle coś za nią uskoczyło i choć bardzo chciała się obrócić, to strach nie pozwolił jej na to. Przyspieszyła. Niestety to było coraz bliżej, i bliżej, i bliżej... Nagle poczuła gorący oddech na ramieniu i dziwnie znajomy zapach. Upadła, kalecząc sobie dłonie i straciła przytomność na ułamek sekundy. Kiedy już oprzytomniała, zobaczyła je. Te oczy, dokładnie te same, co zawsze. Najwspanialsze, mogła w nich tonąć. Kiedy jednak zamrugała, była w swoim pokoju, wygrzebywała się z łóżka, cała spocona. Popatrzyła na swoje dłonie. Zakrwawione i obdarte. Ale jakim cudem?
Ubrała się najszybciej jak potrafiła i pobiegła do auta. Niedbała w tym momencie o nic. Czuła, że coś jest nie tak. Musiała go zobaczyć, mimo wszystko. Była już w drodze.
***

Położył go na stół i wyciągnął sygnet z krtani. 
Patrząc na zwłoki Lukasa robiło mu się niedobrze. Jego błękitne oczy pociemniały. Zrobiły się szare i załzawione. Zaczęło się. Akurat teraz. Nie mógł im tego darować.
Był jego najlepszym przyjacielem. Kiedy został Alfą, Lukas nie zmienił swojego stosunku do niego. Dalej byli jak bracia. Nie zostawił go, nie zazdrościł. Wiedział, że tak musiało być. Wygrywa lepszy. 
Znali się od łepka, jedna dzielnica, to samo przeznaczenie. 
Pomści go. Dopadnie ich, jednego po drugim. Rozerwie na strzępy. Bez skrupułów.
Chwilę jeszcze patrzył na nieżyjącego kompana. Czas w tym momencie stanął w miejscu.
Do domu wbiegła Anne. Nie zauważył jej. Gapił się w trupa jak zaczarowany. Do jego uszów doszły jedynie dwa słowa, które wypowiedziała. Surowo, z powagą i strachem w głosie.
- Polowanie rozpoczęte.
Nagle zdrętwiał. To naprawdę Ona. Chciał rzucić jej się na szyję, wyściskać, wyżalić się. Tak bardzo było mu ciężko. Ale Ona nie może się dowiedzieć, że jest taki jak jego przyjaciel. Jeszcze nie teraz.
Rzucił jej piorunujące spojrzenie. Zamarła. 
- Jaa... Wiem, że nie powinnam wchodzić bez pukania... Jerr, przykro mi. - po czym mimo wolnie przytuliła go. - Jaa wiem jak się czujesz... Wiedziałeś, że On... ?
- Tak. Dlatego go kochałem jak brata. Wiedziałem, że prędzej czy później go stracę. Jak wszystkich.
- Nie możesz tak mówić. Nie pozwalam Ci. Masz mnie. To znaczy... Możesz mi się wyżalić, pogadać ze mną, a nawet i pośmiać się ze mnie, jeżeli Ci ulży. - uśmiechnęła się takim uśmiechem, jakim żegnała najukochańszego chomika, który zdechł kiedy miała 12 lat.
- Dzięki, ale nie trzeba. Nie zrozumiesz.
- Sądzę, że to Ty nie zrozumiesz. Wiem o tym więcej niż Ci się wydaje.
- "Nie sądzę ślicznotko" - pomyślał w duchu z ulgą.
- No co się tak gapisz? Posprzątajmy go. Musimy go spalić. Jakieś ostatnie życzenia?
- Zaparz mi herbaty. Zaraz wrócę. Muszę się nim zaopiekować, tak jak On mną, kiedy straciłem wszystko.
- Będę w kuchni. Nie karz jej wystygnąć do końca, tak jak swoim uczuciom.
- Za dziesięć minut będę z powrotem. Nie słodź, jesteś wystarczająco słodka. - Po tych słowach zarzucił zwłoki przyjaciela i wyszedł z domu. Nie chciała wiedzieć dokąd zmierzał, ale wyjrzała przez okno. Szedł w stronę lasu, który znajdował się za jego domem. Mogła mu oszczędzić cierpienia. Wymazać wspomnienia, spalić go jednym zaklęciem. Ale dlaczego miała oszczędzać komuś bólu, skoro jej nikt go nie oszczędził?
Kiedy wrócił siedziała nad filiżanką i bacznie go obserwowała. 
- Zrobiłeś co trzeba? Odchyliłeś kark w odwrotną stronę?
- Tak. Nawet opatrzyłem mu ranę, wziąłem apteczkę, bo nie mogłem patrzeć jak biedak się męczy.
- Poważnie? - zapytała z podziwem w oczach.
- Nie. Po co? Każdy z nas kiedyś umrze, prawda? Po prostu miał gorszy dzień. Powiedz mi, Anne, skąd tyle takiej paskudnej wiedzy w tak drobniutkiej główce?
- Jak Ci powiem, to mi nie uwierzysz. Wyśmiejesz mnie i odprawisz z kwitkiem. 
- Nie śmiałbym. Opowiedz mi o swoim dziwnym fetyszu do wilkołaczych trupów.
- No to słuchaj uważnie i nie przerywaj.


***

Kiedy skończyła mówić nastała cisza. Cisza jak makiem zasiał. 
Patrzył jej się głęboko w oczy. Chciał ją teraz pocałować i powiedzieć, że wie o tym jak cierpi, ale kiedy zrobiłby to, wszystko poszłoby się pieprzyć.
Musiał wytrzymać. Nagle ciszę przerwały jej słowa - leciutkie i ciepłe, przestraszone.
- Boisz się mnie? Ty mi nie wierzysz, prawda?
- Wierzę Ci. Mój najlepszy przyjaciel był wilkiem. Dlaczego miałbym Ci nie uwierzyć?
- Czyli boisz się mnie? - zapytała łamiącym się głosem.
- Nie boję się Ciebie, maleńka. Nie mógłbym bać się tak niewinnej, uroczej i pokrzywdzonej przez los dziewczynki. Bardzo, ale to bardzo mi przykro, Anne. Moją historię znasz. ja również nie miałem w życiu lekko, ale ja nie jestem nieśmiertelnym czarownikiem. Zapomniałem dodać 'przeklętym'.
- Teraz będziesz na mnie inaczej patrzył, prawda? Jak na jakąś upośledzoną, ograniczoną, stukniętą dziewuchę...
- Ty głuptasie! Nigdy w życiu. Będę na Ciebie patrzył tak, jak do tej pory, a Ciebie dalej będzie to tak bardzo denerwować jak dotychczas. 
- Dziękuję Jerr. Mam jeszcze jedno pytanie.
- Słucham Cię. Dziś już nic mnie nie zdziwi.
- Dlaczego Lukas miał poszarpaną krtań? To nie były kły innego wilka, ani też broń. To było wyszarpane, Jerr. Możesz mi powiedzieć co wyżłobiło tam taką dziurę i przebiło aortę?
- To. - podał jej sygnet i zamilkł. Wiedział, co dla niej symbolizował i jak bardzo przesadził. 
Anne kiedy go ujrzała zdrętwiała. To niemożliwe. Zaczęło się. Dlaczego teraz? Dlaczego wtedy, kiedy jej życie w końcu zaczyna się układać?
- Coś się stało? Znasz ten znak? - przerwał jej dumanie i zapytał. Widział w jej oczach łzy i wiedział o co chodziło. Wiedział też, że Ona nie jest niczemu winna. 
- Jerr... Spójrz... - chwyciła jego rękę i zsunęłam ją między piersiami w dół, pod koszulką. Chwyciła łańcuszek i zdarła. Trzymał go w dłoni i zaczął go parzyć. Udał, że nic nie czuje, bo to byłoby jedno znaczne z tym, że jest wilkiem. Szybko odłożył go na stół.
- Ale... jak? Dlaczego Ty? Dlaczego teraz? - grał na zwłokę. Wiedział o niej wszystko, a nawet więcej.
- Przepraszam za to, co się stało, ale nie mam na to wpływu. To się zaczęło.
- Ale co się zaczęło? - zapytał zaskoczony. O tym nie wiedział.
- Polowanie na wyklętych. Ostatni, nieśmiertelny wyklęty, który według legendy połączy się z ostatnią nieśmiertelną czarownicą, musi zostać zgładzony. Szukają go. Nie mogą dopuścić do przełamania klątwy, bo nastąpi chaos między podziemiem i światem ludzi. Jerr, musisz mnie chronić.
- Nic Ci przy mnie nie grozi. Ale dlaczego?
- Jestem ostatnią wyklętą, ostatnim składnikiem tego zaklęcia. Idą po mnie.

środa, 20 listopada 2013

ROZDZIAŁ III

3. Wspomnienia

"A wszystko potoczyło się jak zwykle".


Wstała przed budzikiem. O niee, dzisiaj się nie spóźni. Nie ma opcji! Po raz pierwszy od tygodnia wstała wypoczęta. Tego dnia mogła pospać, ale mimo to nie chciała. W środy na uczelni życie zaczynało się od godziny 12, czyli w połowie tego 24 godzinnego, codziennego maratonu przetrwania.
Postanowiła posprzątać mieszkaniem powyrzucać stare, niepotrzebne graty i odkurzyć wspomnienia. Leniwie zwlekła się z łóżka i poszła do łazienki. Siedziała w niej dość długo, jak na średnią czasu poświęcanego temu pomieszczeniu. Na ogół nie się nie malowała. Preferowała naturalność. Od godziny układała swoje kolorowe mydełka w barwę tęczy, ręczniki według wzoru i składała majtki w romb. Wymyła wszystkie lustra i wyszorowała kafelki. Była dopiero 7 rano, miała jeszcze 5 godzin. Kiedy wzięła prysznic, długo stała przed lustrem goła i przyglądała się swoim obojczykom. Ledwo przykrywała je skóra. Pół nagie kości układały się w księżyc, choć niezbyt widoczny. "Na szczęście"- pomyślała. Jej długie, kręcone, rude włosy delikatnie opadały na ramiona. Małe, delikatne i bladziutkie. Od dziecka była biała jak mąka. Babcia zawsze powtarzała jej, że pięknie kontrastuje z ognistymi włosami. Była taka kochana. Mogła jej powiedzieć dosłownie wszystko. Niestety odkąd zasiadła w Radzie Kręgu widywały się coraz rzadziej. Sama musiała sobie radzić ze swoimi problemami. Była podopieczną Megan - najmłodszej z Loży. Miała zająć jej miejsce za 83 lata. Strasznie żałowała, że nie będzie mogła się zestarzeć jak wszyscy ludzie. Patrzeć jak jej wnuki dorastają, siedząc w bujanym fotelu i dziergając na drutach. 
Mając 6 lat została wyklęta przez najpotężniejszą czarownicę tamtych czasów. Była to kara za związanie się czarownicy i wilkołaka, czyli jej rodziców. Nie wiedziała o tym. Powtarzano jej, że jest wyjątkowa i dlatego uzyskała dar wiecznego życia. Niestety będzie musiała patrzeć jak jej dzieci odchodzą, starzeją się, a potem obracają w proch. Bała się. Całą wieczność sama? To zabrzmiało tak strasznie, że na samą myśl o tym zesztywniała. Zmarła. Musiała się w końcu ubrać. Dochodziła 8, a ona chciała wejść na strych. pierwszy raz od 10 lat. Z łazienki popędziła prosto na górę.

***

Nie wiedział jakim cudem obudził się pod drzwiami. Miał rozcięte prawe ramię i pociachaną bliznę na barku. Już taki się urodził. Nie mógł nic na to poradzić. Niedbale poprawił włosy umazaną z krwi ręką i wszedł do domu. Był wykończony. Z pewnością nie pójdzie dziś na wykłady, ale wie, że musi ją zobaczyć. Przez cały czas siedziała mu w głowie jak słowa niedokończonej piosenki. Widział jej kolorowe oczy, subtelny i zawstydzony uśmiech, czuł jej włosy na poduszce.
- To jakiś obłęd... Jak ja mam jej to powiedzieć, he? To nie takie proste... Podejdę i co? "Cześć Anne, tylko dzięki mnie możesz przełamać klątwę? Jesteśmy tacy sami. Bez Ciebie nie umrę, a Ty będziesz całe życie hot 17stką. Jesteśmy ze sobą powiązani, no wiesz, jak supły na sznurówkach, a ja nawet nie jestem w stanie Ci zaimponować?" Cholera! Dlaczego ja mówię sam do siebie?
Myślał o niej jeszcze długo, zanim zasnął i padł jak kawka nie opatrując swoich ran. Przecież same się zagoją. czuł, że się zakochał, ale był pewny, że nie z wzajemnością. Czyżby tęsknił? Tak bardzo chciał ją teraz zobaczyć, móc przytulić i powiedzieć o wszystkim. Ale jeszcze nie teraz.

***

Przerzuciła wszystkie pudła na marne. Nie znalazła nic, co mogłoby wytłumaczyć śmierć jej ojca albo odejście matki. Tylko jeden z chyba 30 albumów przykuł jej uwagę. Nosił tytuł "VENUS". Była tam kobieta i mężczyzna. Trzymali na rękach maleńką dziewczynkę. Miała zaledwie kilka dni. Na jej szyi wisiał taki sam rubinowy łańcuszek w kształcie oka, jaki miała Anne. To dlatego wszystkie zdjęcia z babcią ma takie same : ciągle ten sam wisiorek, idealnie między księżycowymi obojczykami. Czyli jednak matka nie miała jej gdzieś, jak ją zapewniano. Na każdym zdjęciu całowała dziecko ze łzami w oczach. Jakby wiedziała, że ją straci. Anne już nic nie rozumiała. Nie chciała dalej tego oglądać. Rzuciła go przed siebie i już miała zacząć krzyczeć jak bardzo ją nienawidzi, kiedy z najwyższej półki spadł jakiś stary dziennik. Zakurzony, obdrapane jakby przez szpony i zamknięty. Wyszeptała coś pod nosem i jego strony rozstąpiły się na pewnym rozdziale. Zaczęła czytać. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.

27 marzec, 1980r.
Już czas. Muszę ją oddać, inaczej ją znajdą i stanie się najgorsze. Boję się. Nie wiem, jak to zniosę utratę wszystkiego co kocham, ale muszę uciekać. Anne, mam nadzieję, że to kiedykolwiek przeczytasz. Nie zostawiłam Cię dlatego, że Cię nie chciałam. Wcale Cię nie nienawidziłam. Kochałam Cię, córeczko. Tak samo jak Twojego ojca. Nie wiem, co powiedziała Ci babcia, ale to przez nią nie mogę Cię wychowywać. Chciałam Cię zatrzymać i odciąć od tego wszystkiego jak najdalej. Wiec, że zawsze Cię kochałam, kocham i będę kochać. Cokolwiek Ci powiedzą. Tęsknię. 
Ewelyne.

"A więc tak się nazywała mama...." - łzy napływały jej do oczów. Nie mogła się otrząsnąć. Zabrała pamiętnik i wybiegła ze strychu. Chciała jak najszybciej pojechać do babci i wszystko wyjaśnić. Zapłakana zaczęła się ubierać, spakowała się najszybciej jak potrafiła, zarzuciła torbę przez ramię i już pędziła po schodach. Czy mogło stać się coś jeszcze gorszego? A więc matka jednak ją kochała?

***

Zbiegła ze schodów i wpadła w drzwi zdenerwowana jak nigdy dotąd. Otworzyła je szybkim ruchem, a potem trzasnęła z całej siły, aż prawie wyleciały z zawiasów. Zahaczyła torbą i przytrzasnęła się. Nerwowa szarpiąc, cofała się się do tyłu. Wpadła na coś, a raczej na kogoś. To był Jerr. Ledwo stał, ale chciał ją zobaczyć. Widząc ją w takim stanie od razu się obudził. Nie chciał jej puścić, za nic w świecie.
- Puść mnie! Zostaw! - krzyczała.
- Chyba oszalałaś! Masz mi powiedzieć co się stało!
- To Ty chyba oszalałeś, że będę Ci się spowiadać! Puść mnie! I to już! Natychmiast!
- Jakaś Ty dziecinna! Chcę Ci pomóc, mazgaju!
- Przestań mi mówić kim jestem! Nawet mnie nie znasz, a masz czelność... - w tej chwili nastała cisza. Nie wiedziała, co się dzieje, ani jakim cudem do tego doszło. Świat zawirował jej przed oczami. Nagle odpłynęła. Nie mogła tego pojąć. Jeremy właśnie ją całował, a Ona nie miała nic przeciwko temu. Zwyczajnie ją całował. Jak nikt inny. 
- "Boże, nie mogę tak..." - pomyślała. -  "Ale jeszcze chwilkę..." - po czym objęła go, a On złapał ją w pasie i docisnął do ściany starego domku. Po chwili jednak odepchnęła go. Przecież nawet dobrze się nie znali...
- Jesteś niepoważny?! Co Ty sobie w ogóle wyobrażasz?!
- Spodziewałem się nieco innej reakcji. Oklasków, zachwytów, wieesz, takich 'ochów i achów', tekstów typu "och, Jerr, nie przestawaj", a tu niespodzianka. - uśmiechnął się szelmowsko.
- Jesteś beznadziejny. Nie znoszę Cię.
Jednak wcale tak nie było. Wsiadła do samochodu i odjechała. Dlaczego go odepchnęła? Co ją podpuściło? Przecież nie chciała tego. Przez całą drogę nie mogła o tym zapomnieć. Jak On tak mógł? Nie wiedziała, co będzie dalej, ale jednego była pewna : nie chciała go stracić. Czyżby się zakochała?

***

Stał tam jeszcze chwilę po tym, jak odjechała. Dlaczego ją pocałował? Miał ją zatkać, ale nie tak. Miał jej zaproponować spacer, rozmowę, cokolwiek, ale nie od razu całować.
- Cholera jasna, no... Znowu wszystko schrzaniłem... 
Kiedy szedł już w stronę parku, zobaczył jakąś wizytówkę :
' ANNE VENUS, KOREPETYTORKA Z JĘZYKA FRANCUSKIEGO. TELEFON : +48724596872. '
- A może jednak nie wszystko stracone? W sumie to z francuskim idzie mi najgorzej... Może nie tylko z tym. - powiedział do siebie i wrócił do domu. Dziś już ją widział. Mógł spokojnie zasnąć. Chociaż do 23:00. Potem musiał się przygotować na polowanie. Był trochę głodny, a Sfora czekała na niego pod lasem. 
Wziął prysznic i jeszcze raz spojrzał na znalezioną karteczkę. Widząc jej imię i nazwisko, przed oczami stanęła mu śliczna, mała, rudzieńka nastolatka o najcudowniejszym uśmiechu na świecie. Przypomniały mu się jego własne słowa : "Odbiją się w Twoich dwóch innych źrenicach". Zapomniał dodać : najwspanialszych i najbardziej tajemniczych źrenicach jakie widział w życiu. W końcu to One były mu pisane. Położył się, był strasznie zmieszany dzisiejszą sytuacją. Zadzwoni? Przecież to Jeremy. Wyciągnął telefon i już zaczął wybijać numer, kiedy przez jego okno wpadł jeden ze samców z jego stada. Niestety nie miał się dobrze : miał przegryzioną krtań, a w nią wbity sygnet. Nie był on zwykłym pierścionkiem - to znak Kręgu.

wtorek, 19 listopada 2013

ROZDZIAŁ II

2. Niedopowiedzenia

"Śnił jej się las, mgła, ostre powietrze, zapach krwi i On - WILK..."


Kiedy dojechali na miejsce Jerr zgasił samochód i patrzył na nią jak na obrazek. Sam nie wiedział co się z nim dzieje. Nie mógł przestać się na nią gapić. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że była mu pisana. Nie bez powodu pokazywał się jej co nocy. Chciał, żeby choć jedna osoba zrozumiała to, czym jest. Zaakceptowała go. Czy wymagał aż tak wiele? 
Anne po pewnej chwili zorientowała się, że jest obserwowana. Czuła się niezręcznie. Nikt nigdy nie patrzył na nią z takim podziwem. Nigdy nie podobała się chłopcom, a nawet jeśli, to odrzucała wszystkie zaloty. Chciała, żeby tak na nią patrzył - z miłością, czułością. Jak na coś wspaniałego i delikatnego. W gruncie rzeczy taka była. Drobniutka i skryta w sobie. Nie chciała, by ktokolwiek dowiedział się jakim jest dziwactwem. Kto normalny przy zdrowych zmysłach wziąłby to na poważnie? Siedzieli w ciszy przez dobre 10 minut, aż w końcu przerwała myślenie i zapytała :
- Przyjechaliśmy tu, żebym napiła się kawy i doszła po siebie po tym drastycznym poranku, czy po to, żebyś się na mnie patrzył jak na malowane wrota?
- Przepraszam, że nie mogę oderwać od Ciebie wzroku. Coś w Tobie jest, co nie pozwala mi na to. Nie wiem, pewnie to te piegi. Wiesz, zacząłem je liczyć, ale niestety przerwałaś mi i się pogubiłem.
- Bardzo śmieszne. Taki jesteś zabawny, tak? W takim bądź razie wysiadam sama. Kluczyki.
- Mam Ci oddać kluczyki od auta, które prowadziłem przez godzinę? Przyzwyczaiłem się do niego. Nie pasuje do Ciebie. Uważasz, że takie drapieżne auto pasuje do takiej szarej myszki jak Ty?
- Jesteś bezczelny. Właściwie dlaczego zaprosiłeś szarą myszkę to kawiarni aż godzinę drogi od liceum? Czyżbym nie była aż taka szara? Z resztą, nieważne. Dla takiego babiarza jak Ty to pewnie łatwa zdobycz, co? Zamotana, pół przytomna, z samochodem. 
- Przestań, bo się zacznę śmiać. Obiecałem Ci kawę, tak więc Cię na nią zabiorę, wysiadamy.
Anne wysiadła z auta i trzasnęła drzwiami. Nie lubiła takich chłopców. Uważała, że myślą, że mogą mieć każdą, a On wyglądał na takiego, któremu podoba się wszystko co się rusza. Na dodatek nie miał za grosz szacunku dla kobiet. Każda jest piękna na swój sposób, a Ona była szarą myszką. Też coś. Ale jednak było w nim coś, co nie pozwalało na zwyczajne spławienie go. Coś w stylu opiłków metali dla magnesu. 
- Masz ochotę na latte? - zapytał uśmiechając się bezczelnie.
- Możliwe, ale sądzę, że nie z Tobą. - odburknęła.
- Daj spokój, już nie będę mówił wszystkiego co myślę. Kelner! Po proszę dwie latte do trzeciego stolika! Jedno ma być wyjątkowe, dla tej pięknej Pani. - wskazał na nią palcem jak dziecko w przedszkolu.
- A jedno z jakimś środkiem przeczyszczającym dla tego bezczelnego Pana. - krzyknęła za nim.
- Ha ha. Śmieszne. Ja zamawiam cudne latte dla cudnej Pani, a Ty nazywasz mnie bezczelnym? - uśmiechnął się szelmowsko. Miał uśmiech, który łamał jej żebra od środka.
- Dla szarej i cichej Pani. - powiedziała. - Poza tym mam tu stać i zaczać rzucać epitetami na Twój temat, czy zaprosisz mnie w końcu do jakiegoś stolika?
- Ależ oczywiście, że Cię zaproszę ślicznotko. Tylko nie wpadnij na mnie jak na korytarzu. Dobra, już dobra. Chodźmy tam. - ponownie wskazał palcem.
- A Ciebie w domu nie nauczyli, że nie pokazuje się palcem?
- Nie bardzo miał mnie kto nauczyć, kochanie. Od małego byłem sam.
- No dobra, sądzę, że jednak usiądę... - zrobiło jej się głupio. Oblała się rumieńcem.
Podchodząc do stolika chciała usiąść, ale Jerr odsunął jej krzesło, jak prawdziwy dżentelmen.
- A jednak coś potrafisz zrobić dobrze. - zachichotała.
- Nie jedno umiem dobrze zrobić, ale nie czas na to. - uśmiechnął się. Anne zrobiła minę jakby miała wybuchnąć, ale w tej chwili podszedł kelner i podał zamówienie. - Tak więc Twoje zdrowie, księżniczko.
- Każdej to mówisz?
- Nie, tylko tym, które mają na to zadatki. Opowiesz mi coś o sobie?
"O nie, zaczęło się" - pomyślała -"I co mam mu powiedzieć?".
- No dobra. Tak więc już mnie poznałeś. Sądzę, że nie do końca się przedstawiłam. Nazywam się Anne Venus. Chodzę do tego liceum, w którym prawie przyprawiłeś mnie o zawał. W sumie już drugi rok. Nie znoszę jak ktoś próbuje zabłysnąć, choć nic sobą w sumie nie prezentuje. To chyba tyle. A Ty, Jerr, co możesz mi o sobie powiedzieć?
- Wow, Venus? Jak ta planeta? No dobra. Ja jestem Jerremy. Przedstawiałem się, prawda? Jestem tu nowy. Mieszkam w Londynie od 2 ostatnich tygodni wakacji. Przeniosłem się z Brooklynu, żeby móc Cię poznać. - uśmiechnął się. - A tak poważnie po śmierci moich rodziców mieszkałem tam z dziadkiem. Teraz przeprowadziłem się tu, bo tu jest więcej możliwości. No i Ty.
- Skąd wiedziałeś, że jestem z Londynu? Przecież widzimy się pierwszy raz w życiu.
- Nie powiedziałbym, że pierwszy, ale skoro tak uważasz. Kontynuując : zacząłem trzeci rok w tym liceum i chcę go skończyć z dobrymi wynikami. Choć nie wiem jak wszystko pogodzić.
- Aż taki rozchwytywany jesteś? Jakieś namiar na ten klub? - zaśmiała się, mieszają latte.
- Wiem, że z moim wyglądem mógłbym pracować w jakimś klubie, ale niestety jeszcze nad tym nie myślałem. Oprócz szkoły mam jeszcze pracę. Muszę się jakoś utrzymać. Wiesz, taki Londyn nie jest zbytnio tani, a że to liceum jest podobno najlepsze, to musiałem tu być.
- Ale czekać... Przepraszam, że zapytam... Czyli jesteś sierotą?
- Od razu sierotą. Jestem dość zaradny. A jeżeli chodzi o moich rodziców, to tak, niestety już nie robią mi śniadań i nie wiążą butów. Zginęli w wypadku samochodowym 7 lat temu. Miałem 11 lat i nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że nie będę dostawał buzi na dobranoc.
- Albo to zbieg okoliczności, albo zwykły przypadek, ale ja też jestem sierotą. Noo, w sumie pół sierotą. Mój ojciec również zginął w wypadku samochodowym, a moja matka zostawiła mnie babci jak miałam 3 tygodnie, po czym słuch po niej zaginął. Niestety nie chciała mnie bliżej poznać. W sumie to mogłabym ją odnaleźć, ale nie chcę. - mówiło to dość cicho, jakby nie chciała, żeby ktoś inny to usłyszał.
- Odnaleźć? Świat jest ogromny. Jakbyś miała to zrobić? - Tego było trochę za wiele jak na pierwszy raz. Chciała mu powiedzieć, ale nie teraz. Czuła, że może mu zaufać, ale bała się.
- Właściwie to nie wiem. Ale mogłabym. Wiesz co? Już trochę późno, a ja chciałabym się jeszcze pouczyć, no wiesz... Mam do nadrobienia dzisiejszy wykład u Pana Gave. Będę się zbierała. Dziękuję za latte. Już mi lepiej. Na mnie już czas... Aaa, podrzucić Cię gdzieś?
- Niee, nie trzeba. Dam sobie radę, nie udawaj, że się tym martwisz. - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie martwię się, chciałam pomóc. Mniejsza o to, muszę iść. Radziłabym wziąć się za naukę. To Twój pierwszy i ostatni rok w tej szkole, a poziom nie jest tu jak w Brooklynie.
- Dzięki za troskę, maleńka. Dalej utwierdzam się w przekonaniu, że się o mnie martwisz.
- Jesteś niemożliwy. Na razie.
Odwróciła się na pięcie i poszła. Po chwili przypomniało jej się, żeby wziąć jego numer, ale już go tam nie było. Zamknęła oczy, a za chwilę je otworzyła, ale nic się nie zmieniło. Jerr zniknął, jak ta osoba, którą dzisiaj prawdopodobnie potrąciła. Nie miała już siły, chciała jak najszybciej dotrzeć do domu i się położyć.

***

Kiedy wrócił, ciągle o niej myślał. Zastanawiał się dlaczego. Przecież nie była o MISS Świata, czy też stanu. Była to Anne. Drobniutka i słodziutka 17latka, która zawróciła mu w głowie. Jakim cudem? Nie wiedział sam. Nie mógł się doczekać kolejnego dnia, kiedy ją zobaczy. Może da się zaprosić na sushi? 
Czuł jej lawendowy zapach włosów. Ogólnie ją czuł; wszędzie. W całym mieszkaniu. Widział jej słodki zadarty nosek i nie mógł przestać wyobrażać sobie jej zielonych oczów. W zasadzie to jednego, bo drugie przecinała błękitna linia z czerwonym odłamkiem. Czyżby się zakochał? Niee, do tego potrzeba czasu. Chociaż... Miłość jest jak najlepszy przyjaciel. Przychodzi kiedy jej najbardziej potrzebujemy, choć nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. A On chciał móc z kimś dzielić życie. Choćby na chwilę.

***

Ściągnęła buty i opadła na łóżko. Nie miała już do tego wszystkiego siły. Jak taki zwykły babiarz mógł jej tak namieszać w głowie? Co w nim takiego było? Chłopak jak chłopak, a Ona nie miała na to czasu. Nauka w liceum, nauka w Kręgu, ciągłe problemy... A jednak polubiła go i to chyba bardziej niż zamierzała. 
Próbowała zasnąć, ale jej nie wychodziło. Wszędzie słyszała jego słowa "przepraszam, ale nie mogę oderwać od Ciebie wzroku". Poszła wziąć zimny prysznic. Tego było za wiele jak na jeden dzień.
Po długich męczarniach w końcu zasnęła. Śnił jej się las, mgła, ostre powietrze, zapach krwi i On - WILK...

ROZDZIAŁ I

1. Sny

 

- Cholera jasna! Znowu zaspałam! No niech to! - uderzyła w budzik i zerwała się z łóżka. Wybiegła z pokoju. Wpadła do łazienki. Zaczęła buszować, począwszy od kosmetyczki, skończywszy na szafce z ręcznikami. 
- No gdzieś musi tu być! Jejku, no! Nie mogę bez niego jechać! - zatrzymała się przed lustrem. - Roztargniona i spóźniona. Pięknie. Anne, co się z Tobą dzieje? To dopiero pierwszy dzień... Wyluzuj... Jak nie zdążysz na pierwszą lekcje nic się nie stanie... O CHOLERA! Stanie się! Pierwsza geografia! - wybiegła z łazienki. Szybko założyła koszulkę, choć tył na przód, wskoczyła w spodnie i ubierając buty po schodach, wybiegła z domu. Szybko otworzyła samochód i wsiadła do niego. Ruszyła najszybciej jak tylko mogła.
- Baker Street jak zwykle zakorkowana! Cudownie! Tego jeszcze brakowało! Jak jeździsz, baranie?! Nooo niech to szlak! Czerwone! - wrzeszczała jak tylko mogła, gdy wskazówki zegara zaczęły tykać, oznajmiając nadchodzące ostatnie pół godziny na dotarcie do celu. Nagle ujrzała jakąś boczną uliczkę. Nie wiedziała dlaczego, ale musiała w nią skręcić. Włączyła kierunkowskaz i odskoczyła od Londyńskiego huku i zgiełku.
Znalazła się na jakiejś ciemnej, nieprzyjemnej i wąskiej dróżce. Jechała nią chwile sprawdzając plan zajęć na dziś. Nagle niespodziewanie jej auto zderzyło się z czymś. Zamarła. Kątem oka była pewna, że potrąciła jakiegoś dzieciaka z tej biednej dzielnicy. Wysiadła szybko z auta. Niestety nikogo tam nie było...
- Jezu, Anne! Oszalałaś! Boże... Ale skąd to wgniecenie?! Jezus Maria... Nie no, teraz nie mogę się nad tym rozczulać, muszę pędzić na wykłady! 
Wsiadając do auta przejrzała się w lusterku. Nagle wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego. Przed oczami śmignęły jej najpiękniejsze błękitne oczy jakie w życiu widziała. Zaczęła nerwowo mrugać i odpaliła samochód. Podczas drogi do szkoły zastanawiała się nad tym wzrokiem. Była pewna, że gdzieś już go widziała. Myślała także o swoich snach. Od ostatniego tygodnia wakacji śnił jej się wilk. Zaraz zaraz... Już wiedziała skąd zna te oczy. Należały do niego. Pospiesznie wcisnęła pedał gazu i z piskiem opon odjechała.

***
Niedbale zaparkowała samochód. Miała już 2 minuty spóźnienia, a jej wykładowca strasznie tępił takie zachowanie. Wybiegła z auta i rzuciła się ku schodom. Wleciała przez główne drzwi jak poparzona. Rozglądnęła się po korytarzu, ale było na nim pusto. Spojrzała w szklane drzwi od pracowni geograficznej i nagle zastygła. odbiły się w nich te same oczy, które widziała dziś rano, i które prześladowały ją co noc.
Była pewna, że są za nią. Nerwowo obróciła się na pięcie, ale ku jej zdziwieniu nikogo tam nie było. Zauważyła tylko dziwny cień, za którym postanowiła iść aż na samą górę gmachu. Niewiele myśląc, jak to Ona, ruszyła ku wielkim schodom.

***
Kiedy dotarła na samą górę rozglądała się bardzo uważnie. Obrócona plecami do sali gimnastycznej przesuwała się do tyłu. Powoli i ostrożnie, krok po kroku...
- No wychodź, wiem, że tu jesteś... Powiedz, czego chcesz? - szeptała. Wokół niej panowała straszna cisza. Kiedy była pewna, że dochodzi do drzwi obróciła się. Podskoczyła ze strachu, bowiem stał przed nią wysoki brunet o najbardziej błękitnych oczach, jakie można by było sobie wyobrazić. Zmieszany tym, że na nią wpadł zaczął pośpiesznie mówić:
- O kurczę, naprawdę Cię przepraszam... Jaaa... Jestem tu nowy... Trochę się pogubiłeeem iii... Jestem Jeremy. Jeremy Fox.
- Jezu, Ty żyjesz...- wymamrotała zamurowana.
- Nie rozumiem... ? Dlaczego miałbym nie żyć? Coś nie tak? Słabo Ci? 
- Jaa... Niee, nic, nie ważne... Masz najpiękniejsze oczy na świecie. TWU! Co ja w ogóle mówię?! Wiesz co, ja już lepiej pójdę, muszę napić się jakiejś kawy... A Ty najlepiej uciekaj na zajęcia. Eee, tak... Idź.
- Niee, poczekaj. Zabiorę Cię na jakieś latte albo coś. Nie zostawię Cię w takim stanie. No już, nie daj się prosić, Anne.
- Skąd Ty...? Jak...? Nie przedstawiałam się chyba... Raczej... Na pewno nie.
- Eeee... - wydukał zmieszany - Z Tobą coś dzisiaj chyba nie tak, prawda? Przedstawiłaś mi się przed chwilą. Dosłownie chwileczkę wcześniej niż wygoniłaś mnie do klasy. 
- Boże, naprawdę? Niee, na serio jest coś nie tak. Nie mogę spać od tygodnia, nie wysypiam się, zaspałam na zajęcia, a na dodatek jestem pewna, że potrąciłam Cię dzisiaj na pasach... Boże, zwariowałam.
- Bez przesady, nie jest tak źle. Jeżeli już mowa o moich oczach, to odbijają się w Twoich dwóch różnych źrenicach. - uśmiechnął się - To jak, dasz się zaprosić na tą kawę, zakręcona Anne? 
- Ojj chyba dobrze mi to zrobi... Niech będzie. Ale jeżeli Pan Gave opierdzieli mnie za nieobecność na pierwszych zajęciach w tym roku, to Cię znajdę i teraz naprawdę potrącę. 
- No więc chciałbym zabrać się do kawiarenki obok Hyde Parku. Ja poprowadzę, co? - zabrał jej kluczyki i ruszył ku wyjściu. Stanęła jak przyklejona i mimowolnie zaczęła się uśmiechać. Nagle Jerr obrócił się i krzyknął - Autostopowiczów nie zabieram, radziłbym wsiąść teraz. - Nagle zerwała się i wybiegła. Jej serce zaczęło bić pierwszy raz od 17 lat. Czuła się cudownie. Jak nigdy w życiu. Czy to wszystko dzieje się na prawdę? A może znowu zaraz się obudzi?

:)

:)
pajlinkaa