5. Przepowiednia
Dokąd jeszcze mam uciec, aby przeżyć?
Było zimno. Wiał chłodny wiatr, a temperatura spadała do zera. Dziwne, bo był to październik. Anne obudziła się zmarznięta i skostniała pod drzewem. To nie było jakieś tam drzewo - to tu najstarsze czarownice co pół pełnię krwawego księżyca rozszarpywały serce spadającej, młodej, zagubionej gwiazdy, by mogły być piękne i młode. Ona nie musiała - ciążyła nad nią przerażająca klątwa. Nigdy się nie zestarzeje, a co gorsze - nie umrze.
Spod jej stóp wypływały stróżki bordowej, ściętej krwi. Były cieniutkie i płynęło szybko. Układały się w jakiś dziwny kształt. Choć wciąż miała zamknięte oczy, to wiedziała już w jaki.
***
- Anne! Anne! Spokojnie, już dobrze, to tylko zły sen. Heeej, spójrz na mnie. Jestem tu. - mówił do niej spokojnym, łamiącym się głosem. W głębi serca wiedział, że cholernie się o nią boi. Był przerażony. Przytulał ją mocno, tak jakby miała mu zaraz uciec, wymknąć się z rąk, ulecieć jak piasek przez palce.
Była strasznie przestraszona, blada i spocona. Wierzgała nerwowo nogami tak, że aż koc, którym była przykryta, runął na ziemię.
- Jezu, Jerr! Widziałam je!
- Ale co widziałaś? - zapytał zaskoczony, a jednocześnie zmartwiony odpowiedzią, którą miał zaraz usłyszeć.
- Miałam wizję... To drzewo... To tam mnie zabiorą... Tak bardzo się boję... - po jej chłodnych policzkach spływały łzy. W pewnym momencie wyczuła zapach krwi. Zerknęła na swoje nogi i wrzasnęła :
- Szlaak! Co z moimi stopami?! Czemu ja krwawię?! - krzyczała łkając.
- Spokojnie Ann, wszystko Ci wytłumaczę... - zaczęła się szarpać, kopać go i gryźć, ale On nie chciał jej puścić. Urwała mu w połowie zdania.
- Coś Ty mi zrobił?! Nie dotykaj mnie!
- Nic Ci nie zrobiłem, idiotko! Masz wizje na jawie. Oni chcą Cię wykończyć, bo gdy już będziesz słaba... Znajdą Cię... A potem... - urwał. Nic nie mogło przejść mu przez gardło.
- Przepraszam... Jerr... Jaaa... Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć... Mój świat... Wywrócił się do góry nogami...
- Ulecz się. I to już. - Po dłuższej chwili ciszy zapytała go :
- Jak? - Patrzyła na niego jak na wariata, który właśnie dostał przepustkę i pierwszy raz od roku ujrzał słońce. Wybuchła śmiechem. - Różdżka została w drugiej torebce.
- Nie udawaj. Przecież potrafisz. Każda wiedźma potrafi. Skup się, ślicznotko.
- Jak już to czarownica, mięśniaku. A ja nie mam bladego pojęcia jak mam się zszyć bez nitki. Eeee... Tak na marginesie, to dlaczego jesteśmy w Twojej sypialni?
- Wypiłaś pyszną herbatkę, którą sama sobie zrobiłaś i momentalnie uderzyłaś głową w stół. Zasnęłaś na miejscu. Dziwne, no nie?
- To była Twoja herbatka.... - zaczęła się śmiać tak strasznie, że aż się zapowietrzyła.
- O niee, Ty jędzo! Ja Ci pokażę! - krzyknął i rzucił się na nią z poduszką. Podrzucił nią w górę, a gdy opadała klasnął między nią i rozsypała się na kawałeczki. W całym pokoju było pełno pierza. Chwile potem nastąpiło coś niesamowitego i niepojętego. Anne złapała go za koszulkę, przyciągnęła do siebie i pocałowała. Czuła jak się rozpływa w jego ramionach.
Wierzcie mi albo nie, ale ten niewinny pocałunek zmienił całkowicie przebieg zdarzeń i ich życiowy plan na najbliższą... wieczność.
***
Jerr powoli osuwął się na nią gładząc jej rude, pokręcone włosy. W tym momencie nic się nie liczyło. Czas stanął w miejscy. Tak nie czuł się nigdy. Tak jakby ziemia przestała się obracać wokół swojej osi. To coś na wzór 'Pięknej i Bestii' Kaliego. Nie chciał jej puścić. Nie mógł przestać ją dotykać. Patrzył na nią tak, jak matka patrzy na swoje dziecko tuż po porodzie, kiedy pierwszy raz dostaje je na ręce. Wiedział, że nie pozwoli jej odejść.
Nagle niespodziewanie dobiegł ich straszny ryk z salonu. Obydwoje oderwali się od siebie i usiedli przerażeni. Zapadła absolutna cisza. Ich serca biły równo - szybko i mocno. Krew była pompowana chyba z prędkością światła, bo słychać było nieustający stukot.
Usłyszeli cichuteńkie nucenie:
"Calisso, Calisso, nadszedł już czas, poznałaś miłość swą
Calisso, Calisso, już czuję woń Twą,
Czas byś oddała co nasze Nam,
Calisso, Calisso, oddaj serce z Białych Dam".
Jerr nachylił się nad drżącą dziewczyną i szepnął jej powoli i wyraźnie :
- Wiejemy ślicznotko, albo wypreperują Ci serce żywcem. Co wybierasz?
- A jak myślisz? W nogi!
Otworzyli drzwi, ale nie było przez nie wyjścia. Jakby spod ziemi wyrósł dziwny stwór. Przed nimi stał mężczyzna z twarzą w runach z całego Podziemia, ubrany w czarny habit. Ocierał o siebie dwa długie, cienkie sztylety, jakby je ostrzył. Był dobrze zbudowany i miał dziwnie szarmancki uśmiech. Jego wytatuowane ciało zgięło się w pół w bardzo dystyngowanym ukłonie.
- Witaj Calisso, przyszedłem po serce najczystszej Białej Damy ludzkiej ery, ale tą historię już pewnie znasz. TU wszystko się zaczęło i TU wszystko się skończy.
- TU? Jak to TU? Białej Damy? Nic nie rozumiem...
- Nie znasz historii swojego życia? To w tym domu narodziła się najpotężniejsza Biała Magia. Nie zastanawiałaś się nad tym, gdzie jest Twój akt urodzenia? Wszystkie dzieci nosiły go do szkoły, a Ty nie, prawda? Bo widzisz, moja Pani, urodziłaś się TU. W tym domu. I tu zginiesz. To takie piękne...
Najpotężniejsza z najpotężniejszych, najmłodsza z nich, a serca czyste jak łza. Muchy nigdy nie skrzywdziła. Spokojne jak tafla lodu po wielkiej burzy. To już koniec, odpręż się, a obiecuję Ci szybką i bezbolesną śmierć.
- Po moim trupie! - krzyknął Jerr, po czym przybrał postać wilka i rzucił się na zabójcę. Ogromny, czarny wilk - potężne, rosłe ramiona, silnie umięśnione plecy i te oczy - błękitne jak niebo.
Anne stała bez ruchu. Przecież i tak zginie. Mówił, że stąd nie ma ucieczki. Nagle usłyszała ryk, ale jakby ze studni. Była oszołomiona, ale szybko się ocknęła.
- No uciekaj do cholery! Znajdę Cię!
Rzuciła się z stronę okna i biegła co sił w nogach do lasu.
***
Wbił swoje potężne kły w gardło wroga i rozszarpał je, ale ten zaczął się śmiać.
- Kolnie, mnie nie da się zabić. Ja już nie żyję. Stąd nie ma ucieczki. Nie możecie być szczęśliwi, tu nie ma happy endu jak w baśniach Andersena. Musicie umrzeć, to jest Wam pisane w przepowiedni. Pozdrowię od Ciebie Lukasa. Już zaprzężony do mojego orszaku goni piekielne psy. - wybuchnął śmiechem. Jerr zamachnął się i uderzył w niego pazurami z całej siły, ale ten rozpłynął się w powietrzy jak papierosowy dym. Opadł na ziemię i rozpłakał się. Tak bardzo chciał ją od tego uchronić...
Nagle niespodziewanie dobiegł ich straszny ryk z salonu. Obydwoje oderwali się od siebie i usiedli przerażeni. Zapadła absolutna cisza. Ich serca biły równo - szybko i mocno. Krew była pompowana chyba z prędkością światła, bo słychać było nieustający stukot.
Usłyszeli cichuteńkie nucenie:
"Calisso, Calisso, nadszedł już czas, poznałaś miłość swą
Calisso, Calisso, już czuję woń Twą,
Czas byś oddała co nasze Nam,
Calisso, Calisso, oddaj serce z Białych Dam".
Jerr nachylił się nad drżącą dziewczyną i szepnął jej powoli i wyraźnie :
- Wiejemy ślicznotko, albo wypreperują Ci serce żywcem. Co wybierasz?
- A jak myślisz? W nogi!
Otworzyli drzwi, ale nie było przez nie wyjścia. Jakby spod ziemi wyrósł dziwny stwór. Przed nimi stał mężczyzna z twarzą w runach z całego Podziemia, ubrany w czarny habit. Ocierał o siebie dwa długie, cienkie sztylety, jakby je ostrzył. Był dobrze zbudowany i miał dziwnie szarmancki uśmiech. Jego wytatuowane ciało zgięło się w pół w bardzo dystyngowanym ukłonie.
- Witaj Calisso, przyszedłem po serce najczystszej Białej Damy ludzkiej ery, ale tą historię już pewnie znasz. TU wszystko się zaczęło i TU wszystko się skończy.
- TU? Jak to TU? Białej Damy? Nic nie rozumiem...
- Nie znasz historii swojego życia? To w tym domu narodziła się najpotężniejsza Biała Magia. Nie zastanawiałaś się nad tym, gdzie jest Twój akt urodzenia? Wszystkie dzieci nosiły go do szkoły, a Ty nie, prawda? Bo widzisz, moja Pani, urodziłaś się TU. W tym domu. I tu zginiesz. To takie piękne...
Najpotężniejsza z najpotężniejszych, najmłodsza z nich, a serca czyste jak łza. Muchy nigdy nie skrzywdziła. Spokojne jak tafla lodu po wielkiej burzy. To już koniec, odpręż się, a obiecuję Ci szybką i bezbolesną śmierć.
- Po moim trupie! - krzyknął Jerr, po czym przybrał postać wilka i rzucił się na zabójcę. Ogromny, czarny wilk - potężne, rosłe ramiona, silnie umięśnione plecy i te oczy - błękitne jak niebo.
Anne stała bez ruchu. Przecież i tak zginie. Mówił, że stąd nie ma ucieczki. Nagle usłyszała ryk, ale jakby ze studni. Była oszołomiona, ale szybko się ocknęła.
- No uciekaj do cholery! Znajdę Cię!
Rzuciła się z stronę okna i biegła co sił w nogach do lasu.
***
Wbił swoje potężne kły w gardło wroga i rozszarpał je, ale ten zaczął się śmiać.
- Kolnie, mnie nie da się zabić. Ja już nie żyję. Stąd nie ma ucieczki. Nie możecie być szczęśliwi, tu nie ma happy endu jak w baśniach Andersena. Musicie umrzeć, to jest Wam pisane w przepowiedni. Pozdrowię od Ciebie Lukasa. Już zaprzężony do mojego orszaku goni piekielne psy. - wybuchnął śmiechem. Jerr zamachnął się i uderzył w niego pazurami z całej siły, ale ten rozpłynął się w powietrzy jak papierosowy dym. Opadł na ziemię i rozpłakał się. Tak bardzo chciał ją od tego uchronić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz